piątek, 27 marca 2015

Siała baba mak...

Pojęcia nie mam skąd się wzięło przysłowie "siała baba mak, nie wiedziała jak..." Mam nadzieje jednak, że siała odmianę oleistą maku lekarskiego, gdyż odmiana opiumowa nie jest obiektem mojego zainteresowania ani tego wpisu.
Mak lekarski jest jedynym gatunkiem uprawnym z ponad 100 gatunków maku, należy do najstarszych roślin uprawnych.
Nasiona maku lekarskiego, odmiany oleistej są bardzo liczne, nawet do 2000 nasion w torebce nasiennej, czyli makówce. Zawierają duże ilości oleju używanego w piekarnictwie i cukiernictwie, choć także w przemyśle perfumeryjnym, kosmetycznym, technicznym. Ze względu na skład i właściwości, jest także surowcem leczniczym.
       Nasionka maku oleistego mają różne kolory, od szarego, poprzez czarnawe do niebieskiego. To właśnie tzw. mak niebieski jest najczęściej stosowany i znany w kuchni. Od dawna zadawałam sobie pytanie czy jest zdrowy?
W ziarenkach maku znajdziemy garść witamin z grupy B, nieco witaminy E.
Ziarna maku to doskonałe źródło wapnia czy potasu. W 100 gramach maku niebieskiego znajduje się ponad 1260 mg wapnia, to na prawdę sporo (niektóre źródła podają nawet ponad 1400 mg). Oprócz wapnia i potasu, w maku jest także całkiem fosforu a także magnez, żelazo, cynki, miedź i mangan.
Nie zapominajmy, że mak zawiera olej, który jest między innymi bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe. Olej makowy zawiera przede wszystkim kwas linolowy, kwas oleinowy i inne, jest ceniony ze względu na zapobieganie miażdżycy, działa przeciwzakrzepowo, korzystnie wpływa na stan skóry i włosów. Do celów leczniczy stosuje się olej makowy zimnotłoczony.
Wracając do kulinarnego zastosowania, mak oczywiście kojarzy nam się ze świątecznymi wypiekami, masami naszpikowanymi bakaliami. Warto jednak nieco
poeksperymentować i zastosować mak np. jako posypkę do surówki czy warzyw przygotowanych na ciepło. Najbliższe święta z pewnością przygotuję babkę makowo orkiszową :)





sobota, 14 marca 2015

O co chodzi z tym glutenem?

Temat glutenu krąży w sieci już od dawien dawna i szczerze mówiąc nie miałam ochoty się z nim konfrontować. Życie jednak pisze inne scenariusze, chcąc nie chcąc każdego dnia stykam się we własnym domu z tym tematem. To właśnie mój zacny małżonek, choć nie cierpi na celiakię, stosuje dietę bezglutenową. Początkowe iskrzenie w kuchni, zaczęło się powolnie zmieniać w zrozumienie, że może faktycznie gluten mu nie służy.
Generalnie wszystkie "mody" dietetyczne działają na mnie lekko drażniąco i z ogromną rezerwą do nich podchodzę. Moda na bezglutenowe rozpłynęła się szeroką falą po blogosferze i nie tylko. No i pod mym własnym dachem pojawił się temat glutenu już kilka miesięcy temu.
    Zaczęło się od książki, której autorem jest słynny w tym temacie William Davis, potem kolejne poszukiwania. Analityczny umysł mojego męża przyczynił się do zmiany decyzji na temat diety.
O szkodliwości glutenu nie będę pisać, powiedziano w tym temacie wystarczająco dużo. Mogę tylko opisać, co obserwuję sama. Mianowicie próbuję doszukać się różnicy, między stanem zdrowia mego ślubnego, "przed" i "po" stosowaniu diety bez glutenu. Z pewnością nie można wszystkiego przypisywać tylko jednemu czynnikowi (glutenowi), dieta naszej rodziny uległa dużej zmianie na przestrzeni kilku ostatnich lat.
W tym miejscu muszę zaznaczyć, że mąż nie stosuje 100% diety bezglutenowej, używa do wypieku chleba pełnoziarnistą mąkę orkiszową, starej odmiany- informację taką otrzymał od producenta. Odmiana ta charakteryzuje się niską ilością glutenu o zdecydowanie mniejszej drażliwości, o czym donoszą też różne publikacje z jakimi się stykaliśmy.
Napiszę może o plusach tej diety- najpierw może o tych mentalnych. Początkowo hasło "bezglutenowe" kojarzyło mi się z drogą półką wypełnioną półproduktami, znajdującą się w sklepie ze zdrową żywnością. Świadome podejście i znajomość składników zdrowej diety, pozwoliło nam jednak skomponować taką dietę, która nie tylko jest pełnowartościowa ale niedroga.
     Mamy przeogromną możliwość tworzenia pysznych, zdrowych dań bez potrzeby użycia gotowców, na bazie głównie warzyw, owoców, kasz (bezglutenowych jest sporo), strączkowych i nie tylko. Eliminacja kupnych wędlin, dań gotowych i wysoko przetworzonych jest kolejnym krokiem, który powinien wykonać każdy chcący zdrowo się odżywiać. W naszym przypadku, już dawno postawiliśmy na zdrowie, sami robimy chleby, jogurt, przeróżne pasty do pieczywa, sami przygotowujemy pieczone mięso którym już dawno temu zastąpiliśmy wędliny. Z resztą mięso jest tylko dodatkiem do diety, królują warzywa pod każdą postacią- surowe, przygotowane na parze i kiszone.
         Dzieciaki, jako, że uczęszczają do szkoły i przedszkola, skazane są niejako na dietę z glutenem, tutaj potrzebna byłaby zmiana na szerszym polu. W domu jadamy razem, dzieci przyzwyczaiły się do hasła gluten, i znoszą katusze gdy na pytanie - czy jest bułeczka na kolacje słyszą hasło :"jest tylko chleb od tatusia" ;). Przyznam szczerze, że ciągle udoskonalamy przepis na chleb idealny (czyt. zjadany przez dzieci), metodą prób i błędów udaje się nam tworzyć różne kulinarne dzieła. Na szczęście zawsze jest opcja awaryjna w postaci ukochanej jaglanki czy wszechstronnym gryczanych naleśników ( naleśniki syn z lubością zabiera do szkoły chwaląc się kolegom jakie ma fajne "kanapki"). Pod względem zmiany produktów na bezglutenowe, muszę powiedzieć, że nasza, bądź co bądź maleńka kuchnia, obfituje teraz w przeróżne słoje skrywające w sobie różnorodne kasze, nasiona, pestki, strączki i inne przysmaki (także zamienniki słodyczy- czyli suszone owoce).
          Teraz strona zdrowotna zaobserwowana przeze mnie, u męża rzecz jasna. Mianowicie jak ręką odjął narzekania na bóle brzucha, przelewania i burczenia. Zdecydowanie mniej słyszę marudzenia na bóle głowy, zaobserwowałam też, że mąż jest mniej zaflegmiony. Kiedyś każdego ranka budziło mnie jego smarkanie ;). I na koniec moja najulubieńsza zmiana :) brak chrapania! Pojęcia nie mam czy chrapanie ma cokolwiek wspólnego z glutenem (może ktoś z Was coś wie na ten temat).
Przyzwyczajam się do życia bez glutenu, wiem tylko, że ten proces nie będzie szybki w przypadku mojej rodziny, która nasze kulinarne poczynania traktuje jako nie potrzebe dziwactwa. Doszłam jednak do wniosku, że skoro mąż lepiej czuje się na diecie bezglutenowej, to czemu mu jej nie serwować?

piątek, 6 lutego 2015

Trochę o aloesie

      Pamiętam, że w dzieciństwie aloes stał w moim domu na parapecie a jego sok był wykorzystywany przy różnych dolegliwościach. Jako nastolatka smarowałam nim zwichniętą rękę i stosowałam na drobne skaleczenia.
Jako roślina ozdobna, aloes był dla mnie raczej brzydalem, ale teraz patrzę na niego bardziej przychylnym okiem, tym bardziej, że kwitnący jest całkiem ładny.
Dziś więc nieco o aloesie drzewiastym (Aloe arborescen) .
Ten wiecznie zielony sukulent, w swoim naturalnym środowisku  (np. w Afryce)jest gigantyczny (nawet 4-5 metrowy), w domu  w wersji doniczkowej, raczej niewielki.
Aloes drzewiasty od lat jest zalecany jako roślina immunostymulująca.Wysuszony sok aloesowy (tzw.alona) był wykorzystywany już  ponad 3300 lat temu. Wodne wyciągi z tej rośliny mają szerokie zastosowanie, zarówno zewnętrznie jak i wewnętrznie. Działaja bakteriobójczo i bakteriostatycznie. W liściach znajdują się glikozydy goryczowe, garbniki, żywice, kwasy organiczne, olejki eteryczne, wielocukry, witaminy, np. C, substancje mineralne i inne związki.
Związkiem czynnym jest aloektyna (glikoproteina) o działaniu przeciwzapalnym a także aloeniny przyśpieszające gojenie ran. Aloenina jest charakterystyczna dla tego gatunku aloesu. Dobrze poznanym związkiem chemicznym są antranoidy (występują o wszystkich aloesów) a wśród nich aloina, która ma działanie przeczyszczające.

Odmiennym gatunkiem jest aloes zwyczajny (aloe vera)- przeglądając książki, czasopisma naukowe i grzebiąc po sieci, zdziwiłam się ile jest cennych składników w tej odmianie gatunkowej. Zawiera ponad 140 biologicznie czynnych składników.
O tej roślinie napiszę jednak innym razem.



sobota, 31 stycznia 2015

Lnicznik siewny czyli "lepszy rydz niż nic"

No cóż, kiedyś nazwa ta kojarzyła mi się wyłącznie z maszyną rolniczą. Teraz już wiem,że pod nazwą tą kryje się całkiem interesująca roślina- więc pozory mylą.
Lnicznik siewny (Camelina sativa (L.) Crantz) , zwany inaczej lnianką bądź rydzem (nie mylić z grzybem), to niepozorna roślinka z rodziny kapustowatych, często traktowana jako chwast. I kto by pomyślał, że taka polna "biedulka" jest tak cenna. Ale do rzeczy.
Olej z nasion lnicznika jest niezwykle cennym źródłem kwasów tłuszczowych omega-3 (45%! to naprawdę mega wynik!a niektóre źródła podają nawet 53%). W oleju zawarty jest także olej z grupy omega-6 - kwas linolowy, ciut oleju erukowego oraz  tokoferole i związki fenolowe. Co więcej, jest odporny na jełczenie, zawiera bowiem bardzo dużo antyoksydantów.
Zastosowanie oleju z lnianki jest szerokie- zewnętrznie świetnie sprawdza się przy ranach czy owrzodzeniach a nawet przy atopowym zapaleniu skóry. Stosowany wewnątrz, działa normalizująco na przemiany lipidowe,poziom  cukru czy cholesterolu we krwi. Działa korzystnie na wątrobę, pobudza wydzielanie żółci, ma działanie ochronne na naczynia krwionośne oraz narządy wewnętrzne (serce, trzustka). Jego działanie pielęgnacyjne jest wykorzystywane w kosmetologii, choć domyślam się, że kariera oleju rydzowego dopiero się rozkręci.
No właśnie- skąd nazwa "rydz" a więc i olej rydzowy? Kolor nasion lnicznika jest rdzawy, zupełnie podobny do barwy rydza- grzyba. Stąd też popularne przysłowie "lepszy rydz niż nic" - odnosi się właśnie do tej rośliny, która dawno temu była uprawiana w Polsce, jako roślina oleista i paszowa.
A ja całe życie myślałam, że przysłowie to pochodzi od sfrustrowanych grzybiarzy ;).

wtorek, 20 stycznia 2015

Prozdrowotna wywiadówka

Wczoraj pomaszerowałam grzecznie na szkolną wywiadówkę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że o sprawach szkolnych było niewiele. Kilkuminutowy wstęp dyrektorki a następnie ….wykład o zdrowym odżywianiu. Wszystko przez to, że nasza placówka szkolna została objęta patronatem przez jednostkę medyczną, w zakresie edukacji prozdrowotnej.
Pani dietetyk musiała się nieźle nagimnastykować bo miała zaledwie 20 minut na to, by przekazać, nam rodzicom najważniejsze sprawy dotyczące żywienia naszych dzieciaków. Jako osoba wciągnięta nieco w te „sprawy” słuchałam z zainteresowaniem, ciekawa byłam czy wiedza będzie bardziej aktualna, czy może zostaną przekazane jakieś niepotrzebne farmazony;)
No i jak wyszło? Nie jestem w stanie streścić wszystkiego z dokładnością, ale rzucę parę haseł, które zostały przekazane na „wywiadówce”, większość to oczywista oczywistość, ale i tak warto na nowo przypominać sobie o tym, co zdrowe i ważne. A więc zaczynam (kolejność przypadkowa):
  • podstawowym pieczywem dla dzieci powinien być „prawdziwy” (niebarwiony i nie biały) chleb żytnio-pszenny z otrębami;
  • spożywanie drobiu (produkcji masowej) nafaszerowanego antybiotykami i hormonami powoduje przyśpieszone dojrzewanie dziewczynek i zniewieścienie chłopców;
  • wędliny kupne są nafaszerowane między innymi saletrą (różowiutkie szyneczki ;))- alternatywą są domowe pieczenie;
  • warzywa konieczne w każdej postaci- surowe, gotowane (nie rozgotowane) i kiszone (powrót do dawnych metod konserwacji warzyw);

  • kasza im grubsza, tym zdrowsza, jaglana jako jedyna o ph zasadowym;
  • cukier jest na drugim miejscu po narkotykach wśród trucizn;
  • nie dla gotowych mieszanek przyprawowych (nie będę wymieniać nazw, każdy wie o jakie chodzi) i innego badziewia, tak - dla naturalnych przypraw;
  • strączkowe to bogactwo podwójnej frakcji błonnika, kupujmy groch niełuskany, róbmy częściej potrawy na ich bazie z połączeniem innych źródeł białka
  • oczyszczanie ziaren powoduje mega straty mineralno-witaminowe;
  • tłuste morskie ryby w każdym jadłospisie, omijać „pseudoryby” np. pangę;
Poruszone zostały jeszcze inne kwestie o których nie będę już pisać ale zapewniam, że było całkiem ciekawie. Najbardziej zdziwiły mnie jednak komentarze niektórych mam (na szczęście były w mniejszości), że ten wykład, to jakaś porażka, bo przecież jej dziecko nie będzie TEGO jadło. No cóż, widać nie każdy ma świadomość, jak ważne jest zdrowie naszych pociech- pokolenia słabszego przecież od poprzednich.
Ciekawe czy zmieni się taraz szkolny jadłospis? Hm...
.