środa, 8 października 2014

"Dieta 50 na 50" - recenzja książki

       Pierwszy raz mam okazję "przetestować" książkę, otrzymałam egzemplarz recenzencki, za który bardzo dziekuję. Spieszę więc z moją subiektywną opinią.
Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Vivante jest nowością na polskim rynku, choć tytułowa dieta 50:50 jest zagadnieniem znanym czytelnikom amerykańskim i brytyjskim.
Jej autorka, Krista Varady uzyskała tytuł doktora w dziedzinie nauk o żywieniu, współautor, Bill Gottlieb również od lat porusza się w tematyce zdrowotnej. Autorzy jak widać, nie są żółtodziobami, ta informacja zachęciła mnie do zapoznania się z publikacją, tym bardziej, że na okładce widnieje dopisek-" jedyna dieta udowodniona naukowo".
Sama nigdy nie stosowałam żadnej diety odchudzającej i nie mam takiej potrzeby, mimo to, chciałam przyjrzeć się tej tematyce z bliska.
 Na początku autorzy przybliżają zasady diety, zwanej CDD (skrót od pierwszych liter Co Drugi Dzień) by w kolejnym rozdziale ukazać podstawy naukowe - w zasadzie wyniki badań i testów, świadczące o skuteczności tejże diety. Ten rozdział obfituje w przeróżne przypisy, których jak na tego typu publikację jest sporo.

Na czym polega dieta 50 na 50? Jest ona oparta na przeplataniu ograniczonego postu, czyli dnia diety z zwykłym dniem jedzenia, zwanym w książce dniem ucztowania. O co chodzi? Jednego dnia jemy posiłki o łącznej wartości 500 kalorii , czyli 25% powszechnie stosowanej normy (to tzw. dzień ograniczonego postu) by następnego dnia zajadać się bez ograniczeń. Tak opracowana naukowo strategia ma nam zapewnić zdrowe i skuteczne chudnięcię. Dowiedziono, że w dniu "objadania się" nie dochodzi wcale do efektu "nadrabiania strat" w kaloriach i przejadania się, osoby będące na tej diecie, w dniu ucztowania zjadają posiłki na poziomie 110% zapotrzebowania kalorycznego. W efekcie w przeciągu dwóch dni spożywa się posiłki, których wartość kaloryczna jest mniejsza o 1/3 od dotychczasowego sposobu odżywiania. (25%+110%=135%, 135% :2 dni=67,5% na każdy dzień).
         Wydaje mi się, że osoba będąca na diecie 50 na 50, ma nieco zmieniony metabolizm, organizm pracuje jakby w innym rytmie. Autorzy przedstawiają wyniki badań, świadczące o tym, że dzięki takiej diecie, następuje zdrowa utrata masy ciała, bez ubytku masy mięśniowej, dodatkowo poprawie ulega poziom cholesterolu czy też ciśnienie krwi (czynniki ryzyka dotyczące chorób serca).
        Aby wzbudzić większe zaufanie do tej diety, autorka rozprawiła się z najczęstszymi pytaniami  związanymi z tą dietą tzn. z tym, czy nadaje się ona dla ludzi mocno otyłych czy też aktywnych fizycznie, czy przynosi ona trwały efekt, jak radzić sobie z głodem w dniu ograniczonego postu i co wtedy jeść. W książce opisane są oba dni- dzień diety i ucztowania, jak i strategie które mogą wzmocnić efekt tej diety, choćby przez ćwiczenia czy tzw. program skutecznej kontynuacji diety 50:50.
        Jest też miejsce na przepisy na dzień diety, na dzień ucztowania, z wiadomych względów przepisów brak, bo króluje tu przecież samowolka. Na dzień diety trudno samemu ułożyć jadłospis tak, by nie przekraczał on 500 kalorii, choć to być może kwestia praktyki. W książce zawarte są przepisy na takie dania, już wyliczone pod względem kalorycznym. Niektore z nich nijak przystają do polskiego rynku np. potrzebna jest kanapka Warburtons Sandwich Thin, bajgiel WeightWatchers, ryż do podgrzewania w mikrofalówce i makaron rigatoni. Przeciętny Kowalski może mieć mały problem z właściwym odwzorowaniem niektórych przepisów. Fajne jest dodawanie gdzieniegdzie, tuż pod przepisem, ciekawostek zdrowotnych, mimo tego pozytywnego aspektu, uważam, że przepisy są niedopracowane, brakuje tu ręki polskiego dietetyka (nie samego tłumacza).
        Reasumując, sama książka może zachęcić do odchudzania, gdybym borykała się z problemem nadwagi, być może spróbowałabym tej strategii. Martwi mnie jedno,  (może jestem przewrażliwiona) - dzień ucztowania, w którym można jeść dosłownie wszystko. Kojarzy mi się to niezbyt dobrze, wolę się odżywiać świadomie, wiedza o prozdrowotnych właściwościach produktów żywnościowych jest przecież wspaniała. Tutaj króluje zasada : jesz co chcesz, a więc cola, chipsy, tona frytek, pączków, ociekające tłuszczem mięsiwa są ok? Brakuje mi tutaj propagowania zdrowego odżywiania, czy nie można byłoby pójść w kierunku- jedz co chcesz, byleby było zdrowe?
Swoją drogą, ciekawa jestem, jakie byłyby wyniki prób wątrobowych osoby, która co drugi dzień wciska w siebie przeróżne niekoniecznie zdrowe produkty....
Zainteresowanych publikacją odsyłam do księgarni tutaj

.

czwartek, 2 października 2014

Wielkie maleństwo - owoc pokrzywy

     To niesamowite, że coś, co jest niepozorne, maleńkie, może mieć tak dużą zdrowotną moc. Mowa o...nasionkach (owocach) pokrzywy. Tak, pokrzywa to nie tylko zdrowe listki czy kłącza. Malutki, brązowawy owoc tej wspaniałej rośliny zaskakuje swoim bogactwem. Prawie jedną trzecią nasionka stanowi cenny olej, który jest źródłem kwasu linolowego. Oprócz niego ukryty jest także ( w mniejszej ilości) kwas linolenowy, karotenoidy, tokoferol, odrobina śluzów, witamina E, F prowitamina A.
Nie trudno się domyślić, że zdobycie tego surowca zielarskiego nie jest łatwe bo w handlu występuje bardzo rzadko. Można surowiec zebrać samemu, ale tylko w miejscach czystych ekologicznie, z dala od dróg, miasta. Spokojnie można to uczynić jeszcze tej jesieni. Same nasionka, po wysuszeniu należy odpowiednio używać i przechowywać. Nie powinno się ich rozdrabniać, jedynie bezpośrednio przed użyciem, ponieważ cenny olej szybko jełczeje.
        Nasionka pokrzywy zalecane są jako środek przeciwzapalny, stosuje się je w chorobach autoimmunologicznych, działają tonizująco, odżywczo. Źródła podają, że owoce pokrzywy poprawiają krążenie mózgowe, działają przeciwmiażdżycowo, ochronnie ( na serce, nerki, siatkówkę oka), są zalecane przy cukrzycy. Same owoce ( zmacerowane) oraz pozyskany z nich olej jest niezwykle odżywczy. Z tego względu, to także doskonały składnik naturalnych kosmetyków, wspaniały na domową maseczkę czy składnik domowego "kremu" pielęgnacyjnego, jest zbawienny przy skórze suchej, skłonnej do stanów zapalnych. Zachęcam do pokochania tego maleństwa, skosztowania ziarenek albo użycia ich do celów kosmetycznych.

sobota, 27 września 2014

Czubryca mnie zachwyca

Zacznę od słów podziękowania - bo dzięki Ani z bloga  www.naturalniedziecko.blogspot.com poznałam i pokochałam czubrycę. Dzięki! :) Przyprawa ta na stałe zagościła w naszej kuchni. Jej aromat przypadł do gustu dzieciakom, które wreszcie nie pytają, co to za "kropki" w zupie czy paście. Wystarczy powiedzieć tylko "no czubryca" i wcinają bez zbędnych marudzeń.
Czubryca (czubrica) wywodzi się z Bułgarii, jest mieszanką ziół i zazwyczaj soli, jej  głównym składnikiem (prawdziwej czubrycy) jest cząber górski, roślina o pięknej łacińskiej nazwie Satureja montana. Zioło to jest kuzynem cząbru ogrodowego, jednak różni się składem. Zawiera olejki eteryczne, w których prym wiedzie karwakrol, p-cymen, borneol i tymol oraz inne składniki, których czasem nie znajdziemy w wspomnianym cząbrze ogrodowym. Roślina obfituje w kwasy (np. ursolowy, betulinowy, rozmarynowy) oraz flawonoidy. Wyciąg z tej rośliny ma udowodnione działanie przeciwdrożdżycowe, antybakteryjne (nawet na gronkowce!) i antywirusowe. Cząber ma korzystny wpływ na wątrobę i przewód pokarmowy, działa odkażająco, rozkurczowo i żółciopędnie.
         Czubryca dostępna jest w różnych wersjach, radzę czytać etykiety by nie nadziać się na fałszywkę, przypominam, że prawdziwa czubryca zawiera cząber górski!. Czubryca zielona jest łagodniejsza, zawiera natkę pietruszki, czosnek, kozieradkę, czasem lubczyk. Pasuje do surówek, sałatek, dań z strączkowych. Ostrzejsza wersja to czubryca czerwona, oprócz obowiązkowego cząbru zawiera paprykę słodką, ostrą (chili), cebulkę bądź czosnek, kozieradkę, czasem suszone pomidory. Czerwona jest doskonała- dodajemy ją do różnego rodzaju dań, super pasuje do past jajecznych, z cieciorki, soczewicy, do białego sera, zup, mięs, surówek, masła ziołowego czy pieczonych ziemniaków. W handlu dostępna jest tez czubryca biała, która zawiera czosnek niedźwiedzi, lubczyk, seler, koper, czasem suszone grzyby. Tak na prawdę w z różnych regionów pochodzą różne wariacje i mieszanki- ważne by zawierały cząber, bo u nas można kupić czubrycę bez tego cudownego zioła.
Gorąco polecam wszystkim miłośnikom ziołowych przypraw czubrycę, w szczególności czerwoną.


niedziela, 21 września 2014

Brazylia kontra Polska ;) czyli znowu o orzechach

      Orzechy to skarbnica zdrowych składników, doskonale o tym wiemy. Ja najbardziej kocham te nasze, laskowe i włoskie, ale zdecydowanie warto zwrócić przychylne spojrzenie w kierunku innych smakołyków. Tym bardziej, że nadarza się nie lada okazja- mecz Polska Brazylia. Na stole zamiast niezdrowych chipsów nie może zabraknąć orzechów- przeróżnych, im bardziej różnorodny zestaw tym większa szansa na dostarczenie wielu substancji bioaktywnych dla naszego organizmu. Dziś polecam orzechy brazylijskie.
Oto ich atuty:
Orzech brazylijskie pochodzą z pięknego, rosłego drzewa o nazwie orzesznica wyniosła. Ukryte są w bardzo twardej skorupie przypominającej kokos, ich wydobycie jest nie lada wyzwaniem.
       Orzechy brazylijskie są niezwykle zasobne w selen (to prawdziwy ewenement jeśli chodzi o zawartość tego pierwiastka), który jest doskonałym przeciwutleniaczem, cenionym także w diecie antynowotworowej. Selen ma także związek z jakością nasienia- więc wszyscy przyszli ojcowie powinni wcinać te orzechy, tym bardziej jeśli cierpią na obniżenie płodności. Badania wykazały, że już 2 takie orzechy pokrywają zapotrzebowanie na ten pierwiastek.
       Zdrowe tłuszcze zawarte w orzechach (a jest ich sporo) są korzystne dla układu sercowo -naczyniowego, wzmacniają także odporność, oczywiście przy współudziale innych składników, choćby cynku, którego także jest sporo. Znajdziemy tu także sporo innych minerałów takich jak wapń, magnez, fosfor, potas, miedź czy mangan. Z witamin warto zwrócić uwagę na wit. E i witaminy z grupy B.
Smak orzechów jest łagodny, delikatny, dobrze smakują same jak i w towarzystwie kaszy czy owsianki. Szkoda, że cena nieco odstrasza ale czasem warto, dla podreperowania zdrowia kupić te skarby natury.

czwartek, 4 września 2014

Ostropest plamisty i Kłapouchy

Ostropest plamisty (Silybum marianum (L.) Gaertner) ) zdaje się być ostatnio modnym i chętnie kupowanym "produktem" prozdrowotnym.
Coraz to nowsze badania i różne publikacje naukowe zachęcają do spożywania tych zdrowych nasionek. No i rozkręca się finansowa machina, bo jak wiadomo, reklama (dobra reklama) dźwignią handlu. A jak reklama uderza w czuły punkt, jakim jest nasze zdrowie, to sukces gwarantowany. Przyznam, że i ja się nakręciłam, bo jak tu się nie oprzeć tym niepozornym ziarenkom, które mają tak zbawienny wpływ na nasze zdrowie?
       Skoro Kłapouchy kocha oset, a oset (Carduus L.) jest bliskim kuzynem ostropestu, to czemu nie przyjrzeć się dokładnie tej roślince? Ba! śmiem nawet twierdzić, że Kłapouchy kocha ostropest, który jest podobny do ostu ;). Obie roślinki są z tej samej rodziny astrowatych i są na prawdę podobne do siebie- niedowiarków odsyłam do googla.
         Ale do rzeczy- co ma do zaoferowania ostropest? Głównym składnikiem czynnym jest sylimaryna, która jest silnym przeciwutleniaczem. Jest ona głównym składnikiem popularnego leku na wątrobę -sylimarol. To właśnie wątroba jest zdrowotnie "rozpieszczana" przez sylimarynę, która jest złożonym kompleksem flawonoliganów zawartych w łupinie nasiennej. Wpływa żółciopędnie, hepatoprotekcyjnie (działa ochronnie na wątrobę), przeciwzapalnie i przede wszystkim detoksykująco. Zapobiega marskości wątroby, chroni przed toksynami (nawet muchomora sromotnikowego), bakteriami czy wirusami . Nie trzeba chyba mówić, jak ważnym organem jest wątroba.
      A to nie wszystko, sylimaryna obniża poziom cholesterolu i zapobiega miażdżycy oraz kamicy żółciowej. Pomaga także w schorzeniach dermatologicznych (np. łuszczyca, trądzik).W wielu źródłach podaje się, że ostropest wykazuje działanie antynowotworowe, w testach in vitro dowiedziono działanie hamujące na podział komórek rakowych.
Działanie sylimaryny ma duże znaczenie w profilaktyce, jest zbawienna w przypadku zwiększonego narażenia na toksyczne działanie związków chemicznych czy też promieniowania. Osoby nadużywające alkohol, leki przeciwbólowe czy też alergicy (sylimaryna przyczynia się do zmniejszenia autoagresji immunologicznej) powinni pamiętać o tym, że Bóg obdarzył nas taką rośliną, która tak wspaniale chroni naszą wątrobę. Także ci, którzy kiepsko się odżywiają, powinni ratować swoje zdrowie dodając do posiłków mielony ostropest.
Co więcej, ziarenka ostropestu można przyjmować długotrwale, w celach ochronnych, nie wykazują skutków ubocznych, oczywiście w rozsądnych dawkach ( 1 łyżeczka mielonych nasion  dziennie wystarczy). Ostrożnie z dziećmi czy też kobietami w ciąży- tutaj zawsze zalecana jest konsultacja z lekarzem. Dłuższe stosowanie, związane z utrzymywaniem się sylimaryny w organiźmie pozwala osiągać lepsze efekty zdrowotne czy ochronne.
        Na tym nie kończy się zdrowotna oferta ostropestu, roślina zawiera także flawony, fitosterole, glikozydy fenolowe, witaminy i szereg innych składników. Jadalne są także dolne liście rośliny, które można dorzucić do letniej sałatki.
Gorąco polecam ostropest, ja kupuję w zwykłym sklepie zielarskim. Jeśli ktoś ma porządny młynek niech kupuje całe ziarenka i mieli na bieżąco i dodaje do różnych dań, my dajemy do chleba i sałatek. Niech żyje Kłapouchy! ;)